dochód pasywny, inwestycje, lokata bankowa, obligacje, pożyczki, social lending

W co bezpiecznie inwestować?

Taki nie za długi i nie za krótki esej o inwestowaniu i przekonaniach zakorzenionych (a może zaprogramowanych) w człowieku.

W społeczeństwie tkwi przekonanie, utwardzane przez system edukacji iż inwestowanie to wiedza tajemna, w sumie nauczyć się tego nie idzie. OK są przypadki (Warren Buffet np.), że ktoś tam dorobił się na inwestycjach, ale to jednostki, natomiast większość, całe rzesze jedynie na tym tracą. Człowiek dorobić się może jedynie własną pracą.
Po pierwsze trzeba lat doświadczeń. Po drugie niezbędna jest wiedza, która jest bardzo trudno dostępna. I wreszcie po trzecie, trzeciego zmysłu, który gdzieś tam w głębi będzie podpowiadał w co wejść, a czego unikać jak ognia.
I w sumie jest to po części racja.

Jak to się zaczęło?

Moja przygoda z inwestowaniem zaczęła się (tak jak podejrzewam większości) od trzymania nadwyżek finansowych na koncie – zwykłym rachunku bankowym, który kilkanaście lat temu był nawet jeszcze oprocentowany. „Zarabiałem” na tym jakieś grosze – chyba nawet nie wystarczały by opłacić utrzymanie konta bankowego.

Następnym etapem były lokaty – w sumie opisałem to dosyć szczegółowo tutaj. Panicznie bałem się strat tego co odłożyłem z mojej ciężkiej pracy – byłem w 100% przekonany, iż ryzyko utraty kapitału znacznie przewyższa potencjalne zyski by w ogóle rozglądać się za innymi możliwościami.

Potem przeczytałem jakąś książkę – nie wiem co to było, ale jedno zdanie utkwiło mi w pamięci:

Pozwól by twoje pieniądze pracowały na ciebie tak ciężko, jak ty pracowałeś na nie.”

Doszedłem do wniosku, że moje pieniądze nie pracują ciężko – na lokacie to one sobie leżakują, a bank mi rzuca jakieś drobniaki.

Eksperymenty i nietrafione decyzje…

Nadszedł czas eksperymentów, który właściwie trwa do dzisiaj – cały czas szukam nowych możliwości i okazji inwestycyjnych. W sumie jak każdy inwestor.

Za namową kolegi na pierwszy ogień poszły obligacje. Podobno tak samo bezpieczne jak lokaty (w końcu to produkt bankowy, a bank wiadomo to instytucja zaufania społecznego) a zyski, o Panie prawie kosmiczne – nawet 3-4% powyżej inflacji. Więcej o mojej przygodnie z obligacjami można poczytać tutaj.

Wkrótce okazało się, że zysk jest wciąż bardzo mało satysfakcjonujący, a ryzyko wbrew pozorom i tego, iż to produkt bankowy znaczne. Stosunek potencjalnego zysku do ryzyka inwestycyjnego okazał się dla mnie niewystarczający. Aktualnie mam jeszcze trochę obligacji Ghelamco z tamtego okresu, które grzecznie sobie czekają na datę wykupu. Reszta już poszła, rozdział zamknięty, wracać nie zamierzam.

Pewność siebie jako inwestora rosła, więc eksperymentowałem dalej. Kupiłem kilka srebrnych i ze dwie złote monety – kolekcjonerskie. Już po zakupie (fajne, takie w pudełeczkach przyszły prosto z mennicy australijskiej – polecam btw.) dotarło do mnie jak coś może być kolekcjonerskiego podczas gdy bite jest w nakładzie dziesiątek a nawet setek tysięcy kopii. Sprzedałem to ok. pół roku później – oczywiście ze stratą, Nikt nie chciał mojej srebrnej kolekcji. Zdobycie doświadczenia kosztowało mnie kilkaset złotych.

Potem zadzwonił telefon – propozycja nie do odrzucenia – Fundusz Inwestycyjny AXA – umówiłem się na wizytę. Dwóch panów w gajerkach przez jakieś 3h roztaczało przede mną wizję bogactwa, które mnie niechybnie czeka jak tylko do ich funduszu przystąpię. Przystąpiłem. Chwilę później po doczytaniu na spokojnie umowy zrezygnowałem (na szczęście mieli jakiś grace period). Nawet otrzymałem jakieś odsetki od tych kilkunastu dni przetrzymywania mojej kasy.
Serio – dziwię się ludziom, które w takie rzeczy inwestują swoje pieniądze. Zwykłe pośrednictwo za które sobie ładnie każą płacić (bez względu na to czy zarabiasz czy tracisz koszta stałe są zawsze – serwis w tym przypadku AXA zawsze jest do przodu), do tego jesteś związany kilkuletnią umową której zerwanie wiadomo czym grozi – utratą włożonego kapitału. Umowy są tak skonstruowane, że jeżeli zrezygnujesz przed upływem 5!!!! lat otrzymasz jedynie ułamek tego co wpłaciłeś do funduszu.

Pierwsze sukcesy

Następnie nareszcie „wskoczyłem” do serwisu kokos.pl – można poczytać tutaj. W końcu moje pieniądze zaczęły zarabiać. W pożyczkach społecznościowych (social lending) poczułem się jak ryba w wodzie. Proste i przejrzyste zasady. Pożyczamy pieniądze na określony procent, na określony okres, mamy wiążącą nas umowę – i czekamy na terminowe spłaty rat.
W sumie jeszcze wtedy nie była mi w głowie żadna wolność finansowa, żaden wyższy cel tego inwestowania mi nie przyświecał. Po prostu doszedłem do wniosku, że mój kapitał wyleżał się odpowiednio długo, jest maksymalnie wypoczęty i trzeba go po prostu zagonić do roboty. Jak będą straty to będą straty, trudno niech boli (zresztą bolało już przy monetach) a jak coś zarobię to pojadę sobie na dodatkową wycieczkę z rodziną.
I teraz najlepsze – może się powtórzę (jak ktoś kliknął niebieskie tutaj 2 akapity wyżej) ale już w pierwszym roku na kapitale w okolicy 75 000zł zarobiłem jakieś 11-12 000 zł. Wystarczyłoby na całkiem fajne wakacje dla całej rodziny.

Morał:
Dobre 3-4 lata zajęło mi przełamanie się i rozpoczęcie inwestowania ryzykując utratę części swojego kapitału. Na początku wybierałem jedynie „inwestycje” (cudzysłów zamierzony) gdzie nie mogłem stracić zadowalając się znikomym lub ujemnym (biorąc pod uwagę inflację) zyskiem.

Nie chcę tutaj się bawić w jakiegoś moralizatora, agitatora czy propagandysty – niedawno przeczytałem inną książkę „Fastlane milionera”. Nie jest to pozycja o inwestowaniu, ale kilka uwag na pewno utkwiło mi w pamięci. Np. masz bardzo określoną ilość czasu – nie marnuj go. Dojście do wolności finansowej (mój cel jest taki, by móc a nie musieć pracować) zajmie na pewno lata.

Podsumownie

Ale wróćmy do pytania z samego początku.

Otóż nie ma czegoś takiego jak bezpieczna inwestycja. Jest lokata bankowa, która moim zdaniem nie jest inwestycją. Jeżeli już odrzucimy sposoby ochrony kapitału i przejdziemy do inwestycji to musimy przyjąć do wiadomości, że możemy stracić. I stracimy. Nie raz i nie dwa.
Na kokos.pl mam wciąż około 60 niespłaconych pożyczek, a ze 200 sprzedałem na rynku wtórnym. Ale około 1500 została spłacona w całości przynosząc taki profit, iż z nawiązką pokryły mi straty. Z kilkuletniej kariery na tym portalu jedynie jeden miesiąc zamknąłem na delikatnym minusie. Uzyskane przez ponad 3 lata ROI jest bliskie 14%/rok.

Na Mintos miałem 1060 zł w pożyczkach Aforti Finance. Tutaj pisze o ich przypadku. Aktualnie (bo przez ostatnie 2 tygodnie wpadły mi od nich dwie spłaty) jest to już kwota 899 zł co wciąż stanowi 2.8% mojego portfela w PLN na tym portalu. Jeżeli Aforti Finance się wyłoży to stracę 2.8% – biorę to pod uwagę. Ale przez ostatni rok na PLN zarobiłem 11.88%, więc sumarycznie zysk mi spadnie do ponad 9%. Lepiej niż lokata? Conajmniej 3x lepiej. Lepiej niż całkiem ryzykowne obligacje? Wciąż dużo lepiej.

Do ryzyka trzeba się po prostu przyzwyczaić, to nieodłączny element każdej inwestycji. Można ryzyko minimalizować, ale nie da się go całkowicie wykluczyć. Muszę przyznać, że to trochę trwa, jeszcze kilka lat temu każdą stratę przeżywałem i analizowałem. Teraz już jest dużo lepiej – patrzę na całość. Wiem, że w momencie podejmowania decyzji o wejściu/zainwestowania posiadałem zupełnie inne dane, niż w momencie gdy notowałem stratę. Nauczyłem się z tym żyć, ale to wcale nie oznacza, że straty przestały boleć albo irytować – cóż czasami się sam ze swoich błędów inwestycyjnych śmieje. Na pewno nie jestem Warrenem ani Buffetem 😉

2 Comments

  1. Ciekawy wstęp – faktycznie jest tak że często inwestowanie kojarzone jest z czymś niezwykłym – czymś poza naszymi umiejętnościami.
    Ja bym natomiast całkowicie nie negował lokat twierdząc że nie jest to nawet inwestycja. Byłem w podobnej sytuacji jak Ty z tym że ja mając 100tys na koncie nie miałem nawet chęci wrzucania tego na lokatę. Z jednej strony wiedziałem że zawsze jakiś drobny zysk to wygeneruje a z drugiej sama myśl że mam komuś (nawet „zaufanej istytucji” jak to określiłeś) przekazać moje ciężko zarobione pieniądze powodowała we mnie niechęć robienia z nimi cokolwiek. Pieniądze przez około rok leżały więc na koncie bankowym (nawet nie oszczędnościowym bo tam chociaż byłby jakiś marny 1%) na którym nie było żadnego oprocentowania.Także strata była bardzo duża. Później zacząłem eksperymentować z kontami oszczędnościowymi i lokatami które przynajmniej pozwalały mi się oswoić z tym żeby coś z tymi pieniędzmi robić.
    Teraz podobnie jak Ty inwestuje na Mintosie z całkiem fajnym zyskiem i szukam kolejnych alternatyw do dywersyfikacji.

    Podsumowując moim zdaniem lepiej jest nawet podejmować próby z kontami oszczędnościowymi i lokatami niż nie robić podobnie jak ja z pieniędzmi kompletnie nic. Dodatkowo wyciągnięcie pieniędzy z niektórych źródeł w krótkim czasie jest niemożliwe (czasami inwestycje są np na 12m) stąd też sam mam jedną lokatę w Idea na 4% bo za chwilę będę te pieniądze potrzebował więc zamiast trzymać na koncie wolałem je chociaż uchronić przed inflacją.
    Także ja bym to po prostu traktował jako bardzo słabą inwestycje która czasami nawet nie wygeneruje zysku, ale przynajmniej uczy nas to i oswaja że warto tymi pieniędzmi trochę poobracać a kolejne kroki w postaci inwestycji bardziej ryzykownych przyjdą same jak zaczniemy to kalkulować 😉

    1. Dzięki Łukasz za komentarz – jak widać mamy bardzo podobne doświadczenia. Oczywiście przed lokatą też trzymałem pieniądze na zwykłym koncie bankowym – nawet nie wiem jak długo. Dopiero po jakimś czasie do człowieka dociera, że pieniądze można wykorzystać w inny sposób niż wydając je w sklepie. Więc na pierwszy ogień oczywiście idą lokaty – bo potrzeba ochrony kapitału stanowczo przeważa nad chęcią zarobku 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *